poniedziałek, 23 lipca 2012


Rozdział 26

            Louis czuł się lepiej. Lekarz cieszył się, że następuje rychłozrost i rana nie ropieje. Leżenie w szpitalu nie było takie złe, kiedy odwiedzali go przyjaciele.  Rocio codziennie przynosiła mu domowe obiady jej matki. Przychodziła wczesnym rankiem z Vicki, potem szła po obiad dla Lou i wracała bez córki. Siedziała z nim do późnej nocy. Martwił się, że chodzi sama po nocy. Nie był z tego zadowolony. Tęsknił za Harrym, ale wiedział, że sytuacja w jakiej jest Kim nie jest łatwa. Współczuł jej. Miała matkę wariatkę. Była godzina 7:30. Rozglądał się po pokoju szukając czegoś, co mogłoby do zaciekawić. Niestety nic nie dostrzegł. Westchnął głęboko i zaczął śpiewać*.
„If I don't say this now I will surely break
As I'm leaving the one I want to take
Forgive the urgency but hurry up and wait
My heart has started to separate…”
Nie zauważył kiedy z drzwiach pojawiła się Rocio. Słysząc jego śpiew wycofała się pozostając na korytarzu. Podobał jej się jego głos. Był oryginalny i ciepły. Mogłaby słuchać go godzinami.
„There now, steady love, so few come and don't go
Will you won't you, be the one I always know
When I'm losing my control, the city spins around
You're the only one who knows, you slow it down…”
Weszła do środka. Powitał ją uśmiechem nadal śpiewając. Podeszła do łóżka i posadziła Vicki obok niego. Ucałował dziewczynkę i przerwał serenadę.
- Cześć Vicki, odwiedziłaś tatę? – zagadywał – Za niedługo stąd wyjdę i zabiorę cię do Disneylandu. Co ty na to? – wyszczerzył się
- Lepiej nie obiecuj. – spojrzała na niego krytycznie
- Oj nie bądź zazdrosna, ciebie też zabiorę jak będziesz grzeczna. – zażartował
Rocio nie skomentowała jego wypowiedzi. Usiadła obok niego i przysłuchiwała się interesującej rozmowie z jej córką. Podczas ciągłych odwiedzin zdążyła przyzwyczaić się do niego. Jego uśmiech powodował dziwne uczucie w środku. Nie chciał i nie potrafiła tego wytłumaczyć. Wczorajszego wieczoru Liam z nią rozmawiał. Opowiedział jej o tym, jak Lou przejął się rozstaniem z Eleonor. Było jej go szkoda. Nie chciała, żeby taki chłopak jak Louie się smucił. Bała się, że może być dla niego tylko chwilowym pocieszeniem. Podchodziła z dystansem do wszystkiego co usłyszała. Liam przekonywał ja, że Louis patrzy na nią inaczej niż na inne. Ma wtedy w oczach takie ciepło. Nie zwracała na to uwagi. Po godzinie przyszli chłopcy. Posiedzieli chwilę i wzięli Vicki na spacer.
- Lou… - zaczęła – Kim ja dla Ciebie jestem?
Chłopak spojrzał na nia badawczo. Nie wiedział co jest powodem tej nagłej rozmowy. Podobała mu się, nawet bardzo, ale bał się, że go odrzuci. Chłopcy zawsze uważali go za kogoś, komu łatwo jest poderwać dziewczynę. On jednak tak nie czuł. Leciało na niego tysiące fanek, ale to nie to samo.
- Rocio, ty i twoja córka jesteście dla mnie naprawdę ważne, przecież wiesz. – spojrzał na nią
- Tak, ale za niedługo wyjedziesz i jak ty to sobie wyobrażasz? – złapała go za rękę – Bardzo chciałam tego uniknąć. Nie chciałam się przywiązywać do kogoś na chwilę, bo potem cierpię. Lou, myślę, że powinniśmy sobie odpuścić zanim nie zakochamy się na dobre. – spuściła głowę
- Za późno.
Louis ujął jej twarz w dłonie i namiętnie pocałował. Nie potrafił mówić o uczuciach jak Harry czy Liam. Zawsze udawało mu się tego uniknąć. Czuł, że Rocio jest jedną z tych dziewczyn, których się nie zostawia bez powodu.
- Lou… oboje wiemy, że to nie ma sensu. – zasmuciła się
- Wcale nie. Oboje zostaliśmy zranieni. Być może właśnie tak musiało być? – pozwolił sobie na refleksję
- Boję się, że zostawisz mnie i nie będę potrafiła wytłumaczyć Vicki dlaczego tak się stało. Zrozum, że wszystko co teraz robię jest z myślą o niej. – była załamana
- Nie Rocio. Kocham cię, a Vicki traktuję jak własną córkę. – spojrzał na nią pewnie
Nie wierzyła w to co usłyszała. Louis ją kocha. Pierwszy raz od bardzo dawna poczuła się potrzebna. Człowiek, który siedział przed nią darzy ją niecodziennym uczuciem. Nie wiedziała co ma zrobić. Bała się, że to nie ma przyszłości, ale bardziej bała się tego, że zrani Lou. Wzięła głęboki oddech.
- Ja też cię kocham. – wyszeptała
            Kimberly była bardzo przejęta spotkaniem z ojcem. Nie wiedziała co mu powie, ani jaka będzie jej reakcja. Nie widziała go od sześciu lat. Czuła się dziwnie. Poprosiła go w wiadomości o spotkanie w ich hotelowym pokoju. Czuła się tu pewniej. Zgodził się. Była 12:30. Czas strasznie się dłużył. Przebierała się kilka razy, bo nie mogła znaleźć odpowiedniego stroju. Harry widząc jej zdenerwowanie pomógł jej wybrać coś stosownego i uspokoił ją. Kim usiadła na kanapie pijąc wodę. Musiała się zrelaksować. Hazza siedział obok niej i śpiewał. Też był zestresowany. Około godziny 12:50 usłyszeli pukanie do drzwi. Kimberly kurczowo ścisnęła rękę chłopaka.
- Spokojnie, otworzę. Nie denerwuj się. – pocałował ją delikatnie
Harry poszedł w stronę drzwi. Obrócił się do dziewczyny i uśmiechnął się promiennie. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Doznał szoku. Nie wiedział co miał powiedzieć. Zobaczył dobrze zbudowanego, wysokiego mężczyznę i niższą od niego kobietę. Kimberly zobaczyła reakcję chłopaka i zmartwiła się.
- Harry. Wszystko w porządku? – wstała
- Tak, tylko… - zrobił pauzę – Ja znam twojego ojca. – powiedział z niedowierzaniem
W tym momencie chłopak wpuścił mężczyznę do środka. Kim ujrzała znaną jej twarz, na której pojawiło się kilka nowych zmarszczek. Nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę. Spojrzała na Hazzę pytająco.
- Skąd znasz mojego ojca?
Harry nic nie odpowiedział. Do środka weszła kobieta o ciemnobrązowych włosach. Podeszła do jej ojca, a on ją objął. Stała chwilę układając sobie wszystkie fakty. Spojrzała na twarz towarzyszki ojca i olśniło ją.
-Mama Harrego?!?!?! – wykrzyczała zdziwiona
Harry zamknął drzwi i podszedł do Kim. Nie wierzył w to tak samo jak ona. Przez cały czas był pewien, że Frank nie ma dzieci. Dopiero teraz dowiedział się, że Kim jest jego córką. Przerosło go to. Usiadł na kanapie patrząc w podłogę. Miał wrażenie, że jest w jakiejś ukrytej kamerze. Niestety to wszystko się działo i nikt tego nie nagrywał.
- Harry, Kimberly… Wiemy, że to dla was trudne, ale kiedyś musieliście się dowiedzieć. Prędzej czy później wszystko wyszłoby na jaw. – mówiła spokojnie Anne
- Dopóki myślałaś, że nie żyję nie wracałem do przeszłości. Żyłem dalej. Oczywiście starałem się dowiadywać jak się czujesz i co u ciebie, ale twoja matka mi to utrudniała. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę.
Mężczyzna podszedł do Kimberly i przytulił ją. Dziewczyna nie mogła opanować emocji i łzy zaczęły lecieć jej po policzkach. Wtuliła się w ojca. Przed oczami miała masę wspomnień. Wspólne wyjazdy nad jezioro, budowane domku na drzewie, karmienie gołębi. Mimo, iż była w szoku nie potrafiła się nie cieszyć. Odzyskała ojca. W końcu mogła zostawić matkę, która utrudniała jej życie.
- Harry. Nawet nie wiesz jak jestem ci wdzięczny za tą szczepionkę. – skierował słowa do chłopaka
- W porządku. Zrobiłem to z własnej woli. Nie mogłem postąpić inaczej.
- Jestem z ciebie dumna synku. – powiedziała kobieta
- Mamo, rozmawiałem z tobą o Kimberly setki razy, dlaczego nie powiedziałaś mi prawdy? Przecież tak byłoby łatwiej. – zwrócił się do matki
- Wybacz mi, ale razem z Frankiem ustaliliśmy, że powiemy wam razem. – objęła syna
Siedzieli i rozmawiali jeszcze jakiś czas. Anne opowiedziała o tym, jak poznała Franka. Kim słuchała wtulając się z Harrego. Po interesującej opowieści poszli na obiad. Wspólnie postanowili, że jeszcze tego samego dnia pojadą do Holmes Chapel. Kimberly dogadywała się z Anne bardzo dobrze. Około godziny 17 wsiedli do samochodu. Frank pozwolił Harremu prowadzić, ale pilnował go siedząc z przodu. Kim chciała zapytać kobietę o jej stosunek do Caroline, ale Anne wybiła ją kontekstu.
- Proszę Panią, chciałbym Panią o coś zapytać. – powiedział nieśmiało dziewczyna
- Pytaj o co zechcesz, ale najpierw coś ustalmy. Możesz mówić do mnie „mamo”.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz