Prolog.
W małym miasteczku niedaleko Londynu mieszkała rodzina Jonesów. Spokojnie, szczęśliwi ludzie. Matka- Alicie, Ojciec- Frank i ich córka- Kimberly. Pani Jones była pielęgniarką w pobliskim szpitalu, a jej mąż był komendantem policji. Wszystko wydawało się być idealnie, lecz ich spokój zaburzył pewien telefon. 22 grudnia 2005 roku dwunastoletnia Kimberly odebrała telefon i słysząc poważny ton rozmówcy oddała telefon Alicie. Dotychczas zawsze uśmiechnięta dziewczynka była tego dnia smutna. Nie miała ochoty piec z mamą ciast na Święta, ani ubierać choinki. Kiedy zobaczyła płaczącą mamę trzymającą w ręku telefon, wiedziała, że stało się coś złego. Alicie nie była w stanie odpowiadać na pytania córki, więc Kim poszła do swojego pokoju wypatrując swojego Tatę przez okno. Po godzinie jej matka usiadła obok niej i powiedziała:
- Tatuś nie wróci…
- Dlaczego? – zapytała zdziwiona – Ma dużo pracy?
- Nie Skarbie… Tatusia już nie ma, nie żyje…- mówiła przez płacz
- Dlaczego? – pojrzała na matkę ze łzami w oczach
- Widzisz.. Tatuś był w pracy i uratował swojego kolegę, za to Aniołki wzięły go do siebie.
- I nie wróci do nas?
- Nie..
- Nigdy? – pytała łkając
- Nigdy.
Alicja przytuliła swoją córkę. Obie płakały mając nadzieję, że to kiepski żart, ale puenty nie było, nikt się nie śmiał.
Owdowiała Alicie sama wychowywała córkę. Było jej ciężko, ale wiedziała, że musi być silna, żeby jej córka mogła normalnie dorastać. Po dwóch latach u Kimberly zdiagnozowano poważną chorobę, na którą w tamtym czasie nie było lekarstwa. Kim pozostało jedynie kilka lat życia. Jej matka postanowiła przenieść ją do szpitala w Liverpoolu, żeby przedłużyć jej życie o kilka miesięcy. Alicie totalnie się załamała, nie potrafiła dać córce nadziei na powrót do zdrowia. Po niecałych trzech latach ciągłych operacji, badań i leżenia w szpitalu stan Kim zaczął się poprawiać, co dało jej szansę na powrót do domu. Była starsza i zdawała sobie sprawę z tego, że niedługo umrze. W czasie jej pobytu w domu, w Anglii kreował się nowy zespół „One Direction”. Kim obserwowała rozwój ich kariery, najbliższe plany, prywatne życie. Po kilku miesiącach śledzenia 1D doszła do wniosku, że przed śmiercią chce pojechać na ich koncert. Jej pomysł spotkał się ze sprzeciwem ze strony matki.
- Nie ma mowy! Nie puszczę cię nigdzie w takim stanie! – krzyczała zbulwersowana
- Ale Mamo…!
- Nie ma żadnego „ale”!
- Mamo! Ja umrę! Wtedy już nic nie zrobię. Pozwól mi pojechać… To ostatnia rzecz o jaką cię proszę. – mówiła ze łzami w oczach
- Boję się o ciebie, nie chcę żeby tam coś ci się stało.- podeszła i przytuliła córkę.
- Będę na siebie uważać, obiecuję.
- Dobrze, ale szczegóły umówimy później, teraz idę gotować obiad.
- Dziękuję!!! Idę zamówić bilet!
- Spokojnie! – uspokajała ją matka
- Kocham Cię mamo.
- Ja Ciebie też.
To jedno wydarzenie uczyniło Kimberly bardzo szczęśliwą. Codziennie modliła się o to, żeby dożyć do soboty. Nie mogła się doczekać. Była tylko siedemnastolatką, która chciała spełnić swoje marzenie. Wiedziała, że ten dzień zostanie w jej pamięci do końca życia, chociaż nie wiele jej go zostało. W czwartek jej mama dostała telefon z Madrytu. Dostępna jest szczepionka , która może wyleczyć Kimberly, jednak Alicie nie stać na jej zakup. Ta szczepionka zawiera przeciwciała, które likwidują skupisko choroby we krwi. Jedynym problemem był czas, który matka Kim potrzebowała na zdobycie pieniędzy. Niestety czasu akurat miała najmniej, jej córka mogła umrzeć w każdej chwili, ale dopóki stan jest stabilny lekarze utrzymują wersję, że ma miesiąc- cudowne pocieszenie, ale lepsze takie niż żadne. Zawsze to o 4 tygodnie więcej za zdobycie pieniędzy. Nadeszła sobota. Alicie obudziła córkę wyjątkowo wcześnie, żeby zdążyły na pociąg do Manchesteru. Kim wstała bardzo podekscytowana, wiedziała, ze dziś spełni się jej marzenie. Dzień strasznie się dłużył, ale w końcu nastała 18:30. Kimberly stała przed halą, wzięła głęboki oddech i zniknęła w drzwiach. Serce biło jej szybko, była bardzo szczęśliwa. Kiedy usłyszała pierwsze dźwięki „Up all night” poczuła się wspaniale. Następna była piosenka „Gotta be you”, która wprawiła ja w dziwny nastrój. Po usłyszeniu pierwszej zwrotki „I wish” zaczęła strasznie bolec ją głowa, zrobiła jej się duszno, słyszała jedynie bełkot, nagle zasłabła i upadła na ziemię. Kiedy otworzyła oczy widziała jedynie białe ściany, od których bił chłód szpitalnego pokoju.
- Cholera… - pomyślała
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Na razie tyle ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz